BERNADETTA Dziewczyna, która widziała Niepokalaną Zobacz większe

BERNADETTA Dziewczyna, która widziała Niepokalaną

Nowy

Jadwiga i Zbigniew Martykowie

: Książki

14,50 zł

Opis

Oparta na dokumentach, ale fabularyzowana biografia Bernadetty Soubirus. W centrum opowieści znajdują się, oczywiście, widzenia Najświętszej Maryi Panny w grocie Massabielle w 1858 roku, ale obejmuje ona także dalsze losy świętej, kiedy to niejednokrotnie musiała się borykać z niezrozumieniem otoczenia, w tym także przełożonych ze zgromadzenia zakonnego Soeurs de la Charité de l’Instruction Chrétienne, do którego wstąpiła w 1866 roku. Autorom – znanym m.in. z bardzo popularnej biografii błogosławionej Karoliny Kózkówny – udało się odtworzyć najistotniejsze rysy świętości Bernadetty: wierność powołaniu, pokorę i męstwo w doświadczeniach życiowych.

Więcej informacji

ISBN 978-83-733262-7-9
rok wydania 2009
ilość stron 178
format A5

Opinie

Na razie nie dodano żadnej recenzji.

Napisz opinię

BERNADETTA Dziewczyna, która widziała Niepokalaną

BERNADETTA Dziewczyna, która widziała Niepokalaną

Spis treści

I. Narodzenie i pierwsze lata
II. Pierwsze radości i pierwsze doświadczenia
III. Dojrzewanie
IV. Tęsknota duszy
V. W Bartrés
VI. Powrót do domu
VII. Pierwsze objawienie
VIII. Znowu w grocie
IX. Przestań kłamać!
X. Ona Ją widzi!
XI. Wezwanie do pokuty
XII. Jakie jest Jej imię?
XIII. „Jestem Niepokalane Poczęcie”
XIV. Badanie lekarskie i cud świecy
XV. Pierwsza Komunia Święta
XVI. „Nie kazano mi przekonywać,
tylko opowiadać”
XVII. Orzeczenie komisji biskupiej
XVIII. Choroba i powołanie
XIX. Budowa świątyni
XX. Przygotowania do wyjazdu
XXI. W Nevers
XXII. Bliska śmierci
XXIII. Powrót do zdrowia i śmierć matki
XXIV. Cierpienie ducha
XXV. Śluby i posłanie
XXVI. Pokora i tęsknota
XXVII. Wojna i modlitwy za Francję
XXVIII. Posługa chorym i śmierć ojca
XXIX. Cuda przez ręce Bernadetty
XXX. Nasilenie cierpień
XXXI. List do Ojca Świętego
XXXII. Śmierć proboszcza z Lourdes
XXXIII. Śluby wieczyste
XXXIV. Ostatnie cierpienia
XXXV. Po śmierci Litania do św. Bernadetty
 

Fragment

I. Narodzenie i pierwsze lata

Ludwika Castérot była pełną wdzięku siedemnastolatką, a Franciszek Soubirous nieśmiałym trzydziestoczteroletnim kawalerem. Mieszkali w niewielkim miasteczku Lourdes, położonym w południowo-zachodniej Francji nad rzeką Gawą, u stóp Pirenejów. Było ono gęsto zabudowane niskimi, szarymi domkami ciągnącymi się wzdłuż wąskich uliczek. W czterotysięcznej miejscowości życie toczyło się własnym rytmem. Rankiem wszyscy spieszyli do swoich zajęć, mężczyźni do kopalń marmuru znajdujących się na stokach gór, kobiety do lasu, by zbierać chrust, pasterze pędzili swoje stada na łąki.
Franciszek był młynarzem. Jego rodzice dzierżawili młyn Latour, jeden z sześciu młynów usytuowanych w dolinie potoku Lapaca – dopływu Gawy.
Rodzina Castérot mieszkała w pobliskim młynie Boly, zajmując trzy pokoje i kuchnię; w pozostałej części budynku pracowały urządzenia do mielenia zboża.
Zarówno Franciszek, jak i Ludwika byli przykładnymi parafianami. Nigdy nie zaniedbywali obowiązków religijnych: porannej i wieczornej modlitwy, niedzielnej Mszy św. czy spowiedzi wielkanocnej.
Franciszek niejednokrotnie pomagał rodzicom Ludwiki w pracy. Był człowiekiem poważnym i uczciwym, miał łagodne usposobienie, dlatego pracodawcy wysoko go cenili.
Ten silny mężczyzna o ostrych rysach i szczerych oczach upodobał sobie nastoletnią niebieskooką blondynkę i poprosił o jej rękę. Matka Ludwiki – jej ojciec wówczas już nie żył – próbowała zwrócić jego uwagę na starszą córkę, Bernardę, która zgodnie z panującymi zwyczajami powinna pierwsza wyjść za mąż. Młodzieniec trwał jednak w swoim postanowieniu, Klara Castérot wyraziła więc w końcu zgodę na to małżeństwo. Prawdę mówiąc, nie miała większego wyboru, gdyż po śmierci męża jedynie zięć mógł zapewnić dalsze funkcjonowanie ich młyna.
Młodzi pobrali się 9 stycznia 1843 roku. Obydwoje z wielkim optymizmem patrzyli w przyszłość. Zamieszkali w młynie Boly razem z matką i rodzeństwem Ludwiki – trzema siostrami oraz bratem. Klara Castérot pomagała córce i zięciowi w interesach: prowadziła rachunki, notowała zamówienia; miała w tym duże doświadczenie. Franciszek i Ludwika nie umieli, niestety, pisać. Ich podpisów nie ma nawet na dokumencie potwierdzającym zawarte przez nich małżeństwo.
Dobrali się doskonale, nigdy się nie kłócili. Cała rodzina żyła i pracowała w wielkiej harmonii. Między domownikami zawsze panował pokój. Cieszyli się również szacunkiem otoczenia, gdyż byli uczynni, bezinteresowni, znani ze swojej uczciwości.
Dokładnie rok po ślubie w kościele św. Piotra Apostoła w Lourdes – tym samym, w którym Ludwika i Franciszek ślubowali sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską – teraz jako szczęśliwi rodzice ochrzcili swoje pierwsze dziecko.
Najstarsza Soubirous – była to dziewczynka, przyszła na świat 7 stycznia 1844 r., a dwa dni później przyjęła sakrament chrztu. Jej matką chrzestną została ciocia Bernarda, zaś ojcem chrzestnym kuzyn Jan Maria Vedere. Rodzice nazwali swą pierwszą córkę Bernadetta Maria – tak wpisano ją w magistracie, lecz udzielający chrztu ks. Dominik Forgue w księdze parafialnej zapisał imiona dziecka w odwrotnej kolejności, mimo że zwrócono mu na to uwagę. Natomiast dla krewnych i znajomych była Bernadettą
Maleństwo było bardzo pogodne i spokojne, rodzice ogromnie je kochali. Młoda mama opiekowała się córeczką z wielką czułością. W długie zimowe wieczory Ludwika, tuląc dziecko do piersi, siadała przy kominku, na którym trzaskały suche gałęzie. Kaganek migocącym płomykiem dawał trochę lichego światła, z trudem rozświetlając wnętrze pomieszczeń.
W wiosenne i letnie dni Ludwika starała się często wychodzić z dzieckiem z młyna i spacerowała zieloną doliną, poprzecinaną wstęgą rzeki Gawy.
W listopadzie, gdy Bernadetka skończyła dziesięć miesięcy, w mieszkaniu Soubirous doszło do wypadku. Płonące łuczywo oświetlające izbę przewróciło się na Ludwikę i zapaliło jej odzież. Na szczęście nie odniosła ona zbyt wielkich obrażeń, niemniej – z powodu poparzenia piersi – nie mogła dalej karmić swej córki. Właśnie ten fakt najbardziej ją zmartwił. Wkrótce problem się rozwiązał: Maria Lagues – znajoma z pobliskiej wioski Bartrés, odwiedziła ją, bo potrzebowała współczucia, a także wsparcia.
– Ludwiko kochana – odezwała się od progu. – Wiesz jakie nieszczęście mnie spotkało?
– Wiem, wiem, Mario. Słyszałam już, że zmarło twoje nowo narodzone dzieciątko i bardzo ci współczuję. Śmierć dziecka dla matki zawsze jest niezwykle bolesna. Ale tak już jest, że każdy z nas musi na tym świecie dźwigać jakiś krzyż. Jedni mniejszy, inni większy. Ci, co teraz niosą mały krzyżyk, nie wiedzą, kiedy na ich ramionach znajdzie się cięższy. Dobrze, że Bóg nam pomaga w tych trudach, byleby Go o to prosić z ufnością i naprawdę zawierzyć. Ja także mam dziś swój krzyżyk. Popatrz, poparzyłam piersi i nie będę teraz mogła wykarmić tego maleństwa.
– Ludwiko, a może… – Maria zaczęła się zastanawiać.
– A może co?
– Może ja bym wykarmiła twoją córeczkę? Przecież mam dużo pokarmu, a moje dziecko już go nie potrzebuje – łzy popłynęły z oczu nieszczęsnej matki. – Tobie pomogę, a i swój ból szybciej ukoję. Będzie mi się łatwiej pogodzić z ciężkim losem.
– Naprawdę chcesz wykarmić moją Bernadetkę? Niech cię Bóg za to błogosławi i da ci zdrowie! Kamień spadł mi z serca. Widzisz, jak Pan Bóg rozwiązuje nasze problemy? – młode kobiety padły sobie w ramiona, a z ich oczu popłynęły łzy.
Tym sposobem Bernadetta znalazła się w domu Marii Lagues i pozostała tam przez dziesięć miesięcy, dostarczając radości całej rodzinie. Choć jednak mamka traktowała ją jak własną córkę, a wszyscy domownicy i sąsiedzi ogromnie ją lubili, dziecko niejednokrotnie szukało wzrokiem matki. Niekiedy jakby wsłuchiwało się w głosy, a nie rozpoznając tego jedynego, najważniejszego, krzywiło buzię w grymasie. I choć były to na ogół krótkie chwile, można było domyślić się, że dziewczynkę przepełnia tęsknota za najbliższymi. Poza tymi chwilami mała była uśmiechnięta i nad wyraz pogodna.
Tymczasem w rodzinie Soubirous na świat przyszedł syn. Niestety, chłopiec żył jedynie dwa miesiące. Zrozpaczonej Ludwice jeszcze bardziej zaczęło brakować Bernadetty i dlatego postanowiła sprowadzić ją do domu.
Gdy nadszedł czas oddania dziecka rodzicom, łzom Marii nie było końca, mamka bowiem bardzo się zżyła z dzieciną. Za to w domu Soubirous po powrocie Bernadetki zapanowała wielka radość. Ludwika i Franciszek cieszyli się, że znowu córeczkę mają przy sobie. Matce już łatwiej było się pogodzić ze śmiercią synka. Mała, dwuletnia dziewczynka potrafiła swym wesołym szczebiotaniem rozradować serca wszystkich domowników.
– Mamusiu! Mamusiu! – dawało się słyszeć jej radosny głos. – Chodź, zobacz co mam! – i z dumą pokazała biedroneczkę spacerującą po jej otwartej dłoni. – Patrz! Ona jest taka śliczna... takie ma czarne kropeczki!
– Ty jesteś śliczna i taka moja słodka i kochana.
– A biedronka nie jest kochana? – zapytało zaciekawione dziecko.
– Biedronkę, tak jak i inne istoty, stworzył Pan Bóg, więc są dobre. Możemy je lubić, ale tak naprawdę kochać trzeba ludzi, a przede wszystkim Pana Boga.
– A czy Pan Bóg nas kocha?
– Oczywiście, mój ty skarbie. Bardzo, ale to bardzo kocha wszystkich ludzi.
Z upływem kolejnych miesięcy pytania dziewczynki dotyczące Boga stawały się coraz bardziej dociekliwe, a rozmowy z mamą coraz bardziej poważne.
– Skąd wiesz, mamusiu, że Pan Bóg nas kocha? – dopytywała się mała.
– Bo zesłał z nieba na ziemię swojego Syna, Jezusa Chrystusa, który wiele wycierpiał i umarł za nas na krzyżu. Wszystko po to, abyśmy mogli kiedyś dostać się do nieba. Jezus tu, na ziemi, miał swoją mamę Maryję i opiekuna Józefa; to było dawno temu.
– A gdzie jest teraz Jezus?
– Jezus jest w niebie, razem ze swoim Ojcem oraz ze swoją mamą, a także z Józefem i wszystkimi innymi świętymi... z naszym Janeczkiem też. My ich nie widzimy, lecz wiemy, że tam są, słyszą nas i widzą.
– Mamusiu! Ja bym też chciała zobaczyć i usłyszeć Pana Jezusa lub Jego Matkę.
– Nie możesz Ich zobaczyć, ponieważ są niewidzialni, jednak zawsze są bardzo blisko nas.
– I nigdy ich nie zobaczę? – Bernadetka zmartwiła się.
– Kiedy już odejdziemy z tego świata, kiedy już będziemy żyć życiem wiecznym, wtedy ich zobaczymy.
– A ja bym tak chciała teraz… Czy gdybym prosiła o to Pana Boga, to bym Go mogła zobaczyć?
– Zawsze możesz Pana Boga prosić o dobre rzeczy.
– To ja będę o nie prosiła – powiedziała dziewczynka i rzuciła się matce na szyję. – Jak dobrze, że widzę ciebie i że mogę cię pocałować.
– Ja też się cieszę, że ciebie mam – Ludwika z czułością popatrzyła na córeczkę i mocno przytuliła ją do siebie.
Rozradowana Bernadetka pobiegła się bawić. Dziecko kochało swoją mamusię z całego serca, podobnie jak tatusia. A Franciszek wprost przepadał za swoją pociechą. Gdy przychodził z młyna na obiad, zarzucała mu rączki na szyję i wołała:
– Mój tatusiu umiłowany!
A on brał ją na ręce, tulił, całował w główkę i mówił:
– Moja kochana Bernadetko, jakże ty jesteś słodka.
– Taka jak cukierek?
– Jeszcze słodsza.
– Ale nikt mnie nie zje?
– Nikt ci nigdy żadnej krzywdy nie zrobi, bo miałby ze mną do czynienia, biała perełko.
– Czemu biała?
– Bo masz nosek biały.
– A skąd mi się wziął biały nosek?
– Moja królewna przytuliła się do tatusia, który jest cały biały od mąki i wybieliła sobie nosek.
– Tatusiu, jesteś moim najlepszym przyjacielem – dziewczynka roześmiała się serdecznie i pobiegła obejrzeć swój nos w lusterku.
Bernadetka była także związana uczuciowo z mamką. Maria Lagues często odwiedzała rodzinę Soubirous, przynosząc różne smakołyki. Niekiedy zabierała małą na kilka dni do siebie na wieś, gdzie dziecko zawsze było mile widziane.
Bernadetta rosła otoczona zewsząd miłością i dobrocią.